Kurs cudów  

O Kursie cudów     

O tłumaczeniu     

Prawa autorskie     

Pobranie książki     

O tłumaczeniu Kursu cudów

Właściciel praw autorskich i zarazem wydawca książki utrudniał dokonywanie przekładów na inne języki, stawiając wysokie wymagania tłumaczom oraz nakazując im stosowanie się do narzuconych reguł i dlatego przez dwadzieścia dziewięć lat, licząc od daty pierwszego wydania, ukazało się ich stosunkowo niewiele. Po uznaniu Kursu cudów za domenę publiczną w kwietniu 2004 roku, otworzyła się droga do wolnych tłumaczeń i w związku z tym, również na niektórych polskich stronach internetowych, zaczęły ukazywać się tłumaczenia wybranych fragmentów tej książki. Pierwsze obszerne, choć nie zawierające całości, polskie tłumaczenie kursu zostało podane w wersji elektronicznej na stronie www.jednymkursem.hg.pl (obecnie ta strona już nie istnieje). Jesienią 2006 roku ukazało się pierwsze polskie wydanie książkowe; tłumaczenie to można zakupić na stronie www.kurscudow.pl. Wydawnictwo Centrum w czerwcu 2007 roku wypuściło oficjalną wersję Kursu cudów, autoryzowaną przez Foundation for Inner Peace i opartą na tzw. „drugim wydaniu kursu”, którą można nabyć między innymi na stronie www.wydawnictwocentrum.pl.

Do mojego zainteresowania Kursem cudów doszło po lekturze Rozmów z Bogiem N. D. Walsha, który tam o tej książce kilkakrotnie wspominał. Niestety, moje poszukiwania tej pracy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych spełzły na niczym. Dopiero w roku 2005 trafiłem w internecie na kompletną książkę w języku angielskim. Potem znalazłem ją jeszcze na kilku innych stronach internetowych, również w wersji angielskiej. Niestety, ze swoją dość słabą, powiedzmy średnio-zaawansowaną znajomością języka angielskiego i niemal całkowitym brakiem doświadczenia w tłumaczeniach z angielskiego na polski (za wyjątkiem jednej angielskiej instrukcji do cyfrowego aparatu fotograficznego), stanąłem przed problemem wydawałoby się nie do rozwiązania. Usiłowania przetłumaczenia chociaż jednego rozdziału, z niemal ciągłym odwoływaniem się do słownika, przebiegały tak powoli, że zniechęciłem się całkowicie do tego, nabierając przekonania, iż całość tłumaczenia zajęłaby mi co najmniej 10 lat. Podjąłem więc ponowne poszukiwania w internecie i wtedy dotarłem do wspomnianej już strony www.jednymkursem.hg.pl, na której znajdowało się pełne, jak mi się wówczas wydawało, tłumaczenie tekstu części teoretycznej kursu. Zabrałem się więc ochoczo do lektury. Wkrótce okazało się jednak, że w miarę czytania książki natrafiałem na takie jej fragmenty, których treść budziła we mnie wątpliwości, a czasem nawet sprzeciw. Zdarzały się również miejsca niezrozumiałe. Dostrzegałem tam również drobne pomyłki, a niekiedy nawet większe błędy. Ponadto te same słowa były w różnych rozdziałach różnie przekładane, co powodowało pewien zamęt przy czytaniu. To zmusiło mnie do sięgnięcia po angielski oryginał i samodzielnego tłumaczenia, początkowo tylko tych niejasnych fragmentów. W miarę nabierania wprawy, mój udział w tłumaczeniu zaczął się coraz bardziej powiększać. Gdy doszedłem do rozdziału 9, wówczas okazało się, że omyłkowo umieszczono w nim rozdział 10. Nie miałem wyboru. Musiałem cały rozdział przetłumaczyć sam. Poszło to szybciej i łatwiej, niż się spodziewałem. Nabrałem wówczas wiary w swoje możliwości i zacząłem coraz bardziej polegać na sobie. Gdy dotarłem do rozdziału 21, okazało się, że znowu go brakuje1. Od tego momentu postanowiłem wszystko sam tłumaczyć. Całkowicie samodzielnie przełożyłem również „Podręcznik dla nauczycieli” i „Ćwiczenia”. Tłumaczenie tych dwóch ostatnich pozycji przyniosło mi nawet duże zadowolenie; słowa same zaczęły się układać w zdania, a wszystko poszło tak szybko, lekko, łatwo i przyjemnie, że sam byłem tym zadziwiony. W końcu jeszcze raz przetłumaczyłem, a następnie sprawdziłem pod kątem ewentualnych błędów, cały „Tekst”, wprowadzając wiele nowych poprawek i modyfikacji.

Nie byłoby jednak tego tłumaczenia, gdyby nie wspomniane już nieprofesjonalne tłumaczenie zamieszczone w internecie. Dlatego też chciałbym podziękować tym anonimowym2 Tłumaczom, bo Ich przekłady stanowiły punkt startowy dla moich wysiłków i właśnie dzięki Ich pracy mogłem uwierzyć we własne siły i dokonać tego, co początkowo wydawało mi się niemożliwe. Ich starania są więc również bardzo ważne i wartościowe, bo to Oni pierwsi wytyczali i przecierali ścieżki. Natrudzili się, a ja na tym skorzystałem. Niektóre zdania i akapity „Tekstu” są tam zresztą świetnie przetłumaczone i nie mógłbym z całą pewnością stwierdzić, że nie wywarły one wpływu na moje tłumaczenie. Ale nawet błędy tych przekładów i brak niektórych rozdziałów miały dla mnie pozytywną wartość, ponieważ zmusiło mnie to do podjęcia samodzielnego tłumaczenia, które, z uwagi na powtarzające się słownictwo obejmujące dość wąski zbiór pojęć, okazało się w końcu wcale nie takie trudne.

Zamieszczony przeze mnie jednolity tekst wszystkich części Kursu cudów ma w miarę ujednoliconą terminologię i uzupełniłem go o własne komentarze zawarte w przypisach. W nawiasach okrągłych umieściłem słowa, których nie ma w oryginale, ale które mogą ułatwić zrozumienie tekstu. Przy czytaniu można je uwzględnić lub pominąć. Zastosowałem typowy, zwykle stosowany sposób numeracji kolejnych rozdziałów, podrozdziałów i lekcji za pomocą liczb naturalnych. Zrezygnowałem z numerowania akapitów i poszczególnych zdań, ponieważ taka numeracja byłaby wskazana tylko w przypadku powoływania się na te zdania dla podparcia nimi swoich racji w sporach doktrynalno-teologicznych, a do realizacji celu, jakiemu ten kurs ma służyć, nie jest to potrzebne. Zresztą prezentowana tu wersja Kursu cudów jest książką w wersji elektronicznej, więc w razie czego zawsze można użyć wyszukiwarki.

Jestem tłumaczem-amatorem, samoukiem, kimś kto uczył się języka angielskiego z kaset i nigdy podczas tej nauki nie osiągnął w pełni zaawansowanego poziomu w swej nauce. Nie mówię biegle po angielsku i niewiele rozumiem z angielskich filmów wyświetlanych w wersji oryginalnej. Mimo to, porwałem się na coś, co początkowo wydawało się nieosiągalne, a jednak, mimo braku profesjonalizmu, stało się wykonalne. Profesjonalizm tłumacza jest ważny, ale może nie najważniejszy. Ten, który podejmuje się tłumaczeń tekstów z określonej dziedziny, musi mieć również odpowiednią wiedzę z tej dziedziny. Gdy tej wiedzy brakuje, to tłumacz zawiedzie. Kiedyś kupiłem kamerę VHS wyprodukowaną przez znaną światową firmę, do której polska instrukcja obsługi zawierała żałosne błędy. Widać było wyraźnie, że tłumacz nie zna się na tym co tłumaczy, ani też nie wypróbował praktycznie pewnych funkcji tej kamery, które opisuje. Dlatego instrukcja ta, przynajmniej w niektórych miejscach, stała się niezrozumiała i trzeba było sięgnąć do angielskiego oryginału, aby pojąć o co chodzi. Stało się tak dlatego, że firma ta, zatrudniając tłumacza, nie brała pod uwagę jego wiedzy technicznej, ale prawdopodobnie istotne były dla niej tylko jego dyplomy i certyfikaty. Jednak w przypadku tłumaczenia instrukcji do urządzeń technicznych jest znacznie lepiej zatrudnić znającego się na rzeczy inżyniera ze średnio-zaawansowaną znajomością języka angielskiego, niż dyplomowanego i nawet bardzo wysoko cenionego tłumacza-humanistę, dla którego obca jest technika i nauki ścisłe. Problem posiadania wiedzy na temat tego, co się tłumaczy, dotyczy nie tylko techniki, ale dosłownie wszystkiego. Jest szczególnie istotny przy tłumaczeniu takich tekstów jak Kurs cudów, bowiem tu właśnie ta wiedza jest najbardziej potrzebna. Tłumacz musi bowiem nie tylko najpierw wszystko bardzo dobrze zrozumieć, ale nie może również zniekształcać tłumaczonego tekstu, interpretując go w oparciu o swoje przekonania, wierzenia czy światopogląd.

Jako niedoświadczony i nieprofesjonalny tłumacz, z początku popełniałem typowy błąd zbyt sztywnego trzymania się formy i dosłownego tłumaczenia zdania na zdanie, frazy na frazę, a nawet słowa na słowo, co było fatalne w skutkach. Jednak dość szybko zrozumiałem, że dobre tłumaczenie powinno przebiegać według następującego schematu: najpierw właściwie zrozumieć tekst w jednym języku, a następnie napisać go od nowa w innym języku. Zasadą takiego tłumaczenia jest to, by w razie potrzeby zmodyfikować formę, dostosowując ją do specyfiki języka, nie zmieniając przy tym treści. Myślę, że w końcu, chociaż w niewielkim stopniu, mi się to udało. Starałem się wszystko tłumaczyć tak wiernie, jak to było dla mnie możliwe. Jednak, dokonując tego przekładu, pojęcie wierności z oryginałem rozumiałem zawsze jako wierność znaczeniu, a nie formie. Dlatego najważniejszą sprawą dla mnie była zrozumiałość tłumaczenia i z tego powodu nie trzymałem się kurczowo pewnych nieścisłości i niejasności oryginału, nie wprowadzałem też neologizmów, nie zmieniałem spektrum znaczeniowego słów i starałem się rozważnie używać synonimów. Nie mogę jednak dać gwarancji, że wszystko jest przetłumaczone poprawnie. Nie mogę również nikogo zapewnić, że mam dostateczną wiedzę uprawniającą mnie do podjęcia się tłumaczenia Kursu cudów. Nie mogę też stwierdzić, że właściwie zrozumiałem każde zdanie. Mogę jedynie powiedzieć, że usiłując zrozumieć treść tego, co tłumaczyłem, starałem się wykroczyć poza swoje ego. Sądzę również, że być może pewną moją zaletą jest to, iż nie jestem obecnie ani emocjonalnie ani formalnie związany z żadnym powszechnie wyznawanym światopoglądem ani religią, ale też nie jestem przeciwnikiem żadnego światopoglądu czy religii. Mogę sobie więc pozwolić na luksus bezstronności.

Przekład z jednego języka na inny język nie zawsze jest czymś prostym. Są niewątpliwie takie zdania, które na ogół są tłumaczone podobnie, lub nawet identycznie przez większość tłumaczy. Jednak, im bardziej złożone jest zdanie, tym większe prawdopodobieństwo, że każdy tłumacz przełoży je inaczej. Mimo to zawsze istnieje pokusa, by nawet proste i krótkie zdania „upiększać”. Np. wyjęte z Ćwiczeń zdanie, „Today let us be thankful”, oprócz prostego i najbardziej zgodnego z oryginałem tłumaczenia „Bądźmy dziś wdzięczni”, może mieć wiele „górnolotnych” tłumaczeń w rodzaju „Niechaj nasze serca przepełni dziś wdzięczność”, itp. Innym zagrożeniem, które w sposób szczególny może odnosić się do Kursu cudów, jest popadnięcie w tzw. „biblijny styl”, a zważywszy na to, komu przypisuje się autorstwo tej książki, jest to szczególnie kuszące. Jeszcze bardziej niebezpieczne dla tłumaczenia są próby uzgadniania samego przekładu jak i użytej w nim terminologii z treścią Biblii.

Założeniem tego tłumaczenia była maksymalna prostota. Sądzę, że udało się to uzyskać w przekładzie Ćwiczeń, oraz Podręcznika dla nauczycieli. Część teoretyczna kursu, zawarta w Tekście, zawiera często złożone, wieloczęściowe zdania i jest miejscami najtrudniejsza do zrozumienia, a tym samym i do przetłumaczenia. Tu prawdopodobnie jest też najwięcej błędów przekładu.

Chociaż, jak już wspomniałem, ważne jest, by tłumacz dobrze zrozumiał całość tekstu, to nie należy jednak lekceważyć tłumaczenia pojedynczych słów, ponieważ błędne przełożenie nawet jednego słowa może całkowicie zniekształcić przekładaną treść, sprawiając, że tekst będzie niezrozumiały, lub co gorsza, będzie błędnie rozumiany. Takie pułapki w Kursie cudów zdarzają się nierzadko. Jako przykład niech posłuży słowo „atonement”3. Jest to słowo używane w anglojęzycznych wersjach Biblii, kilkadziesiąt razy w Starym Testamencie i tylko raz w Nowym Testamencie (w Liście do Rzymian). Jest ono również bardzo często używane w Kursie cudów. Jeśli sięgniemy do przeciętnego słownika angielsko-polskiego, to pod tym hasłem znajdziemy przede wszystkim słowo pokuta, rzadziej pokutowanie, odkupienie, odcierpienie czy zadośćuczynienie, ale gdybyśmy tak to przetłumaczyli, popełnilibyśmy kardynalny błąd. Pokuta jest bowiem rodzajem kary o charakterze ekspiacyjnym, przyjętej dobrowolnie lub nakładanej przez kościoły za różne występki. Jest ona jedną z możliwych konsekwencji osądu polegającego na uznaniu winy opartej na pojęciu grzechu. W Kursie cudów daje się jednak wyraźnie do zrozumienia, że nikt na tym świecie nie jest w stanie sprawiedliwie osądzać i uznaje się tam grzech za jedną z podstawowych iluzji tego świata. Zgodnie z tymi naukami, to co powszechnie nazywa się grzechem, jest w rzeczywistości tylko błędem, który można naprawiać. Stąd właściwym celem nie jest pokuta, ale korekta, polegająca nie tylko na naprawie błędów, ale również na bezwarunkowym wybaczeniu sobie i innym. Podręcznik dla nauczycieli pisze o tym wyraźnie: „Pomyliłeś się w interpretacji prawdy. Jesteś w błędzie. Ale błąd nie jest grzechem i nie może być ustanowiony grzechem z powodu twoich pomyłek”. Kurs cudów wyjaśnia, że właśnie z tego powodu Jezus powiedział przy swych oprawcach: „Ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą co czynią”. Za grzechy się pokutuje, ale błędy się naprawia. Jeśli, jak kurs głosi, grzech jest rodzajem szaleństwa czy niepoczytalności, to właściwym postępowaniem wobec grzesznika jest uleczenie tego szaleństwa, a nie karanie niepoczytalnego. Tłumaczenie słowa „atonement” jako „pokuta” byłoby więc popieraniem iluzji ego i wprowadzałoby sprzeczność do systemu myślowego prezentowanego przez ten kurs. Oczywiście, można by się odciąć od potocznego rozumienia tego słowa i go przedefiniować, ale jaki ma sens nazywanie słonia wielbłądem? Podobnie, sugerowanie się polskimi tłumaczeniami Biblii również wiedzie na manowce, bo tam, gdzie w anglojęzycznych wersjach Biblii jest używane słowo „atonement”, w polskich przekładach dość często jest używane słowo „przebłaganie”, które również nie harmonizuje z myślą przewodnią kursu. Ostatnią rzeczą, jaką ten kurs chciałby wywołać, to rzucić swych kursantów na kolana. Zgodnie z przesłaniem, jakie on z sobą niesie, nie trzeba o nic błagać. Trzeba tylko przebaczyć, pojednać się, naprawić błędy, zrozumieć iluzję oddzielenia i ujrzeć wszystko w świetle prawdy. Reszty dokona sam Bóg. Zatem oparcie się tylko na angielsko-polskich słownikach, czy na terminologii biblijnej polskich tłumaczeń, przyniosłoby rezultaty dalekie od prawdy. Dopiero angielskie słowniki rzucają światło na tę sprawę. Słownik Webstera pod hasłem „atonement” podaje: „reconciliation, restoration of friendly relations, agreement, concord”, co znaczy: „pojednanie, przywrócenie przyjaznych stosunków, zgoda, ugoda”. Ostatecznie wszystko wyjaśnia Słownik Biblijny Eastona4, który podaje etymologię tego słowa. „Atonement” znaczy po prostu „at-one-ment” – stan bycia w jedności, czyli „pojednanie”. Takie było pierwotne jego znaczenie i w tym znaczeniu jest ono użyte w Nowym Testamencie, w Liście do Rzymian [5,11]. Również Multimedialna Encyklopedia Groliera nie pozostawia tu żadnych wątpliwości, tak samo wskazując na fakt, że słowo „atonement” składa się ze słów „at” oraz „one” i podając, że oznacza ono „doprowadzenie do jedności” lub „pojednanie”5. Jednak różne teologie kościołów chrześcijańskich zaczęły uzależniać pojednanie od spełnienia pewnych warunków wstępnych, takich jak pokuta6, naprawa szkód, rekompensata, zadośćuczynienie, błaganie o wybaczenie, ofiara przebłagalna i tym podobne, co w końcu zostało „przeniesione” na słowo „atonement” i wpłynęło na zmianę znaczenia tego słowa. Słowo to zaczęło więc wskazywać nie tyle na samo pojednanie, ale raczej na sposób, w jaki, według tych teologii, to pojednanie można osiągnąć. Dlatego też polskojęzyczne wersje Starego Testamentu7 często używają tu słowa „przebłaganie”, zwłaszcza jeśli jest ono użyte w kontekście mówiącym o konieczności przebłagania za grzech i o składaniu ofiary przebłagalnej. Jednak z treści Kursu cudów wynika jednoznacznie, że jedynym właściwym znaczeniem tego słowa jest znaczenie pierwotne, czyli „pojednanie”8. Idea grzeszności i idea ofiary są według kursu wymysłami ego. Nie jest tu możliwy żaden kompromis. Jeśli, jak głosi Biblia, do Boga należy zemsta9, to użycie określenia „przebłaganie” jest uzasadnione, bo mściwych trzeba błagać. Jeśli jednak, jak przeczuwają nasze serca, Bóg jest Miłością, to błagać nie trzeba, bo Miłość nigdy nie potępia, więc nie potrzebuje przebaczać, a z tego, co ma do zaoferowania, nigdy niczego nie odmawia.

Podobne dylematy może stwarzać słowo „vision”. Użycie słów „widzenie”, „wizja”, „wzrok”, „wyobrażenie”, a nawet „objawienie”, niczego nie wyjaśnia i zastosowanie jednego z tych słów wymagałoby jego indywidualnego zdefiniowania i podania tej definicji w jakimś dołączonym słowniku. Z treści książki wynika, że nie chodzi tu o widzenie wzrokiem fizycznym, ale o sięganie poza ten świat, do Krainy Ducha. Dlatego najlepszym tłumaczeniem wydało mi się zastosowanie określenia „widzenie duchowe” czy „wzrok duchowy”, co rzecz od razu wyjaśnia i nie wymaga dodatkowej egzegezy.

Trudności w tłumaczeniu może stwarzać również pewna gra słów wykorzystująca podobnie brzmiące zestawiania wyrazów, takie jak np. do – undo, do – outdo, itp. Szczególne kłopoty może sprawić tłumaczenie słowa undo, które można dosłownie przełożyć jako „odczynić”, co oznacza anulowanie tego, co poprzednio zostało uczynione. Anglojęzyczne programy komputerowe używają powszechnie tego słowa do oznaczenia anulowania poprzedniego wyboru. Jednak w tłumaczeniach, słowo „odczynić” zazwyczaj nie jest używane, ponieważ w języku polskim ma ono specyficzne konotacje, wiążące się np. z „odczynianiem”czarów. Dlatego w tym przekładzie, w zależności od kontekstu, słowo to jest określane takimi wyrazami, jak „anulować”, „zniweczyć”, „usunąć”, „naprawić”, itp.

W Kursie cudów jest jeszcze wiele innych słów, których zrozumienie może nastręczać trudności, nie tylko dla tłumaczy, ale również dla tych, którzy znając biegle język angielski, czytają książkę w wersji oryginalnej. Problemy z pojmowaniem wspomnianego już słowa „atonement” mogą mieć także anglojęzyczni czytelnicy, ponieważ mają do wyboru szerokie spektrum znaczeń tego wyrazu, od ugody i pojednania począwszy, a na zadośćuczynieniu i pokucie skończywszy. To skłoniło wydawców wersji oryginalnej książki do utworzenia słownika niektórych używanych terminów. Ja starałem się tak tłumaczyć, by zminimalizować potrzebę takich wyjaśnień, umieszczając jednak w razie potrzeby tego rodzaju komentarze w przypisach.

Innym problemem było użycie w angielskim oryginale formy osobowej jako podstawowej formy przekazu. Jest tak oczywiście dlatego, że w języku angielskim nie ma formy bezosobowej i zamiast niej używa się strony biernej lub formy osobowej. Ja, być może wbrew zasadom profesjonalizmu, starałem się utrzymać tę formę również w polskim tłumaczeniu, by nadać tekstowi bardziej „osobisty” charakter. Również problemem były zdania zawierające zaimek „you”, który może się odnosić zarówno do liczby pojedynczej jak i mnogiej. Z tego samego powodu co poprzednio, we wszystkich przypadkach, w których z kontekstu jasno nie wynikało, że chodzi o liczbę mnogą, stosowałem w tłumaczeniu liczbę pojedynczą.

Jeszcze jeden problem to kwestia użytego rodzaju i związanego z tym określenia płci. Kurs cudów, wzorując się na tekstach biblijnych, konsekwentnie odwołuje się do rodzaju męskiego, używając określeń „Ojciec”, „Syn”, „Synostwo”, „brat”, „on”, itp. Dlatego też nawet takie określenia, które w języku angielskim nie sugerują określonej płci, jak np. „teacher”, przetłumaczyłem na język polski używając rodzaju męskiego. Jednak z drugiej strony, z treści książki wynika jednoznacznie, że odnosi się ona do wszystkich, bez względu na płeć. Zgodnie z przedstawionymi tam naukami wszyscy stanowimy jedność, zatem jakiekolwiek klasyfikacje i podziały czy też wyróżnianie jednej i dyskryminacja przeciwnej płci, zaprzeczałyby tym naukom. Ponadto płeć odnosi się jedynie do ciała, a to, czym jesteśmy naprawdę, nie jest przez nią ograniczone.

Pragnę, by z przedstawionego tu nieprofesjonalnego tłumaczenia Kursu cudów mógł korzystać bez ograniczeń każdy, kto sobie tego życzy. Dlatego nie roszczę sobie żadnych praw do tego przekładu. Sądzę, że wszyscy Ci, dzięki którym mogłem sam nauczyć się tłumaczyć i którzy przez to również mieli swój udział w tym przekładzie, podzielają moje zdanie w tej kwestii. Niechaj więc przedstawiona tu wersja tłumaczenia książki stanie się dobrem publicznym. Nie jest ona doskonała, ale ma jedną podstawową zaletę – jest bezpłatna. Ci, co się do niej przyczynili, włączając w to również i mnie, działali pod wpływem wielkiej chęci rozprzestrzeniania tej książki, pragnąc ją dawać, a nie sprzedawać.

Tłumaczenie jest takie, jakie jest. Starałem się doprowadzić je przynajmniej do takiej postaci, by było zrozumiałe, nie dbając o użycie pięknych słów czy efektowny styl. Zapewne są w nim jakieś błędy, popełnione przez nieuwagę lub, co gorsza, z powodu niedoskonałej znajomości języka angielskiego. Dlatego gorąco zachęcam wszystkich, którzy znają ten język, do sięgnięcia po oryginał. Tym, którzy nie znają dostatecznie angielskiego, jak również i tym, którzy chcą mieć jakiś układ odniesienia dla swojego samodzielnego tłumaczenia, ofiarowuję niniejszy przekład.

Wszystko, co człowiek czyni, winien czynić świadomie i odpowiedzialnie. Dlatego każdy, kto sięgnie po tę książkę, musi się liczyć z tym, że może ona wywrzeć na niego wpływ, a nawet go zmienić. Przed podjęciem decyzji studiowania Kursu cudów, każdy powinien więc zadać sobie pytanie, czy jest na to gotowy. Musi wziąć odpowiedzialność za to, co się może stać, zwłaszcza jeśli postanowi regularnie wykonywać ćwiczenia. Jeśli osiągnięte rezultaty nie będą zgodne z tym, czego oczekiwał, to nie może mieć do nikogo pretensji. Przestrzegam szczególnie tych, którzy są na coś chorzy, że ten kurs nie jest podręcznikiem magii i jeżeli jedynym ich celem jest nauczenie się uzdrawiania ciała fizycznego, to podejmując ten kurs mogą doznać zawodu i porażki. W żadnym razie nie powinni więc rezygnować z leczenia za pomocą medycyny konwencjonalnej. Myślę jednak, że każdy, kto doceni ten kurs, gorąco zapragnie go przejść i poprosi o prowadzenie Tych, o Których w kursie mowa, osiągnie swój cel.

Trzeba również jeszcze raz wyraźnie podkreślić, że nauki zawarte w tym kursie głoszą coś całkowicie odwrotnego od tego, o czym mówią teologie wielu kościołów. Gorliwi wyznawcy tych teologii czytając Kurs cudów musieliby więc albo odrzucić wiele z tego, co głoszą wyznawane przez nich systemy religijne albo odrzucić tę książkę, uznając ją za dzieło jakichś złych mocy. Dlatego być może byłoby lepiej dla nich, aby w ogóle się z nią nie zapoznawali. Jeśli bowiem wierzą głęboko w to, co głoszą ich kościoły, nie doświadczając przy tym żadnych wątpliwości, a ta wiara jest źródłem ich radości, szczęścia i poczucia bezpieczeństwa, to wówczas lektura Kursu cudów mogłaby to tylko zburzyć. Nie jest to więc dla nich odpowiednia książka. Szczęśliwi tego kursu nie potrzebują. Ale jak wielu jest szczęśliwych na tym świecie?

Ci zaś, którzy nie znajdują na tym świecie tego, czego szukają i są gotowi przyjąć nowe prawdy, niewątpliwie znajdą w tej książce coś dla siebie. Im więcej cierpień doświadczają w swym ziemskim życiu, im więcej niepewności mu towarzyszy, im więcej rozczarowań tu doznali, tym większe prawdopodobieństwo, że sięgną po ten kurs. Aby jednak odnieść z niego korzyści, muszą odzwierciedlać w sobie postawę podobną do tej, jaka jest powszechna wśród współczesnych naukowców, którzy zawsze gotowi są spojrzeć krytycznie, a nawet odrzucić stare teorie, jeśli tylko nowe lepiej opisują to, czego dotyczą. Czytelnikom kursu jest więc potrzebna odwaga w kwestionowaniu dotychczas wyznawanych poglądów na rzeczywistość i otwartość w poszukiwaniu nowych, lepiej odzwierciedlających tę rzeczywistość.

Nie namawiam nikogo do studiowana Kursu cudów. Każdy powinien w tej kwestii podjąć samodzielną decyzję. Tym, którzy nie wiedzą, czy Kurs cudów jest dla nich właściwą lekturą, a nie chcą tracić zbyt dużo czasu na zapoznawanie się z książką, której treści być może by nie zaakceptowali, radzę rozpocząć od Podręcznika dla nauczycieli. Niech zajrzą najpierw do spisu treści, wybiorą sobie jakieś interesujące dla nich pytania i przeczytają odpowiedzi. Gdy te odpowiedzi ich nie zadowolą lub wzbudzą sprzeciw, wówczas lepiej będzie, jeśli porzucą zamiar przeczytania tej książki.

Romuald Lipu-Akohard

Powrót do początku tekstu


1  Teraz na tej stronie internetowej jest już znacznie więcej. Są już tam umieszczone wszystkie rozdziały Tekstu, ale wówczas dwóch rozdziałów nie było. Poprawioną wersję tego tłumaczenia można obecnie znaleźć również na stronie: www.mistyka.net

2  Z wyjątkiem pierwszego rozdziału, gdzie wymieniono tłumaczy, którymi są Joanna Matuszczak i Rafał Wereżyński. Przekład tego rozdziału wyróżnia się swym profesjonalizmem i w przeciwieństwie do innych rozdziałów, nie ma w nim błędów. Sprzeciwy może jedynie wywoływać sposób przetłumaczenia słowa „Atonement”.

3  Słowo to jest w Kursie cudów używane bardzo często. Jest ono pisane z dużej litery, za wyjątkiem kilku miejsc, w których zaczyna się od małej litery. Wówczas jego znaczenie jest inne.

4  Easton's 1897 Bible Dictionary. Dostęp uzyskany poprzez www.ling.pl

5  The Software Toolworks Multimedia Encyclopedia, 1992, Grolier, Inc. Hasło „atonement”.

6  W kościele katolickim za konieczne uznano przyjęcie sakramentu pokuty.

7  To zależy jeszcze od tłumaczenia. Np. w Biblii wydanej przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne w Księdze Kapłańskiej (Czwartej Księdze Mojżeszowej) jest użyte słowo „pojednanie” [4,26], a w tym samym miejscu w Biblii Tysiąclecia, jak i w wielu innych miejscach, używa się słowa „przebłaganie”.

8  Tłumaczenie pisanego z dużej litery słowa „Atonement” inaczej niż „Pojednanie”, np. jako „Pokuta” czy „Przebłaganie”, sprawiłoby, że niektóre zdania w Kursie cudów brzmiałyby niezrozumiale, a nawet niedorzecznie. Na przykład wyjęte z „Tekstu” stwierdzenie „the Atonement <is> the way to peace” jest jasne i zrozumiałe, jeśli przetłumaczy się je jako „Pojednanie jest drogą do pokoju”. Przekłady, „Pokuta jest drogą do pokoju”, czy też „Przebłaganie jest drogą do pokoju”, byłyby co najmniej dziwne. Jeszcze dziwniej brzmiałyby takie zdania, jak „Jego niewinność jest twoją Pokutą”, „Pokuta jest Słowem Bożym”, czy „Doskonała miłość jest Pokutą”. W Kursie cudów słowo „atonement” jest cztery razy rozpoczynane małą literą i tylko w tych przypadkach użycie słowa „pokuta” czy”przebłaganie” mogłoby być zasadne, gdyż oznacza ono wtedy „fałszywe pojednanie”, czyli takie, jak je pojmuje ego.

9  Np. „Do mnie należy pomsta”, List do Rzymian [12,19]. Jednak wizerunek gniewnego, mściwego i zazdrosnego Boga jest przedstawiany głównie w Starym Testamencie.