Mój prywatny słownik

Poprzednie hasło

 

Powrót

 

Następne hasło

Rozwód

Rozwód to rozwiązanie małżeństwa, pozwalające rozwiedzionym na ponowne związki małżeńskie z innymi partnerami. Należy odróżnić pojęcie „rozwodu” od „separacji” oraz od „unieważnienia małżeństwa”. Obecnie w większości krajów organem uprawnionym do udzielania rozwodów jest sąd. W bardziej odległej przeszłości decydujący wpływ na stanowisko państwa wobec rozwodów miały systemy religijne, a zwłaszcza kościół rzymski.

Krótkie spojrzenie w przeszłość

Pojęcie rozwodu ma w kulturze zachodniej swoje korzenie sięgające czasów Mojżesza. On to bowiem ogłosił prawo oddalania żony przez męża, który wręczając jej list rozwodowy tym samym rozwiązywał ich małżeństwo. Obie strony mogły wówczas poślubić kogoś innego. Jednak żona nie mogła z własnej inicjatywy odejść od męża i związać się z kimś innym. Taki czyn musiałby być uznany za cudzołóstwo i skończyć się śmiercią przez ukamienowanie.

W cesarstwie rzymskim małżeństwo nie było w ogóle aktem prawnym. Mężczyzna i kobieta po prostu rozpoczynali wspólne życie i w ten sposób zakładali rodzinę. Musiały być spełnione tylko dwa warunki: oboje musieli być w wieku dojrzałości płciowej i ich rodziny musiały się zgodzić na ten związek. Nie istniała tzw. „wspólnota majątkowa”, każdy z małżonków posiadał swoje własne mienie. Rozwód mógł nastąpić zarówno z inicjatywy mężczyzny jak i kobiety. Nie były do tego celu potrzebne żadne skomplikowane czynności prawne. Wymagano tylko jasnego stwierdzenia zamiaru rozwiązania małżeństwa, np. w formie pisemnej.

W okresie, gdy chrześcijaństwo stało się w cesarstwie rzymskim religią państwową, podejmowano próby ustanowienia instytucjonalnej kontroli nad ślubami i rozwodami. Panujący w VI wieku cesarz Justynian I usiłował przeforsować kościelny pogląd na rozwody. Napotkał jednak na silny opór społeczny i musiał się w końcu z tego wycofać. Jednak stopniowo, w miarę pogrążania się w wieki średnie, wpływ stanowiska kościoła stawał się coraz większy. W końcu rozwody w całej chrześcijańskiej Europie zostały zakazane. Dozwolona była tylko „separacja od stołu i łoża”, która mogła mieć zastosowanie tylko w skrajnych przypadkach, np. cudzołóstwa, przemocy czy okrucieństwa. Małżonkowie żyjący w separacji nie mogli jednak wchodzić powtórnie w związki małżeńskie. Tylko dość rzadko orzekane unieważnienie małżeństwa mogło dać obu stronom pełną wolność. Teologiczną podstawą zakazu rozwodów były pochodzące z ewangelii Mateusza i Marka słowa: „Co bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela” [Mt 19,6 i Mk 10,9].

Odmienny pogląd na rozwód mieli przedstawiciele reformacji. Luter nazwał rozwód „rzeczą doczesną, taką jak ubranie, jedzenie, dom czy pole, która podlega świeckiej jurysdykcji”. Protestanci dopuszczali więc rozwód w szczególnych przypadkach takich jak cudzołóstwo, znęcanie się nad współmałżonkiem, porzucenie.

Jeszcze inaczej miała się sprawa w Anglii. Formalnie rozwody zostały zalegalizowane po tym, jak król Henryk VIII ogłosił się głową kościoła anglikańskiego i zerwał z Rzymem. Jednak rozwodu nie orzekał sąd, a Izba Lordów, dlatego też rozwiązanie małżeństwa było kosztowne, a co za tym idzie – dostępne tylko dla wielkich i bogatych. Dopiero w roku 1857 parlament brytyjski przekazał sądom sprawy rozwodowe.

Przykładem regionu, w którym dokonywały się gruntowne zmiany w stosunku państwa do rozwodów była Ameryka Północna. Zanim formalnie powstały Stany Zjednoczone, obowiązywały kryteria religijne. Katolicy, powołując się na stanowisko Watykanu, sprzeciwiali się wszelkim rozwodom, anglikanie uważali rozwód za kwestię prawną, a protestanci – za sprawę świecką. Uchwalona w późniejszym okresie Konstytucja Stanów Zjednoczonych zostawiała poszczególnym stanom całkowitą swobodę w sprawie rozwodów i mimo wysiłków w sprawie ujednolicenia prawa, jest tak po dzień dzisiejszy. Ponieważ „prawo rozwodowe” zmieniało się od stanu do stanu, stąd też wytworzyła się tzw. „migracja rozwodowa”. Np. do 1967 roku jedyną podstawą do rozwodu w stanie Nowy Jork było cudzołóstwo, co powodowało, że uzyskać rozwód było bardzo trudno, a sprawy były kosztowne i ciągnęły się długo. Równocześnie, wystarczającym powodem uzyskania rozwodu w stanie Nevada było „znęcanie się psychiczne nad partnerem”, a rozwód można było dostać w ciągu 6-ciu tygodni. Dlatego też wielu mieszkańców stanu Nowy Jork przenosiło się do Nevady, tylko dlatego, aby dostać rozwód. Jednak stopniowo, w miarę rozwoju amerykańskiego społeczeństwa, następowała jego sekularyzacja, co prowadziło do coraz liberalniejszego stanowiska w sprawie rozwodów. Np. w stanie Kalifornia dopuszczono rozwody z powodu „nie dających się pogodzić różnic” miedzy małżonkami. Również w stanie Nowy Jork od 1967 roku orzekano rozwody z powodu „separacji trwającej co najmniej 2 lata”. Za tymi przykładami poszły wszystkie inne stany, pozwalając na rozwody bez ustalania winy.

Rozwód w czasach współczesnych

Obecnie w przeważającej większości krajów świata, rozwód jest dopuszczalny i jest orzekany przez sądy. W niektórych krajach katolickich istnieje oprócz tego możliwość separacji, która jest podobna do rozwodu, ale bez prawa zawierania nowych związków małżeńskich. W miarę uprzemysłowienia i urbanizacji wielu krajów świata, rośnie także liczba rozwodów. Palmę pierwszeństwa dzielą między sobą Stany Zjednoczone i Japonia, gdzie stosunek liczby rozwodzących się par do liczby par zawierających związki małżeńskie wynosi1 w przybliżeniu 1:2, co oznacza, że połowa par się rozwodzi. W USA mówi się nawet o „małżeństwach szeregowych”. Wielu Amerykanów wstępuje w związki małżeńskie trzy lub cztery razy. Bywają nawet rekordziści, mający za sobą kilkanaście ślubów. Również takie kraje jak Australia, Kanada, Dania, Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Rosja mają wysoki wskaźnik rozwodów mieszczący się w przedziale od 1:3 do 1:2. Nawet Włochy, w których przez długie lata prawo rozwodów nie dopuszczało, zaczynają powoli doganiać całą resztę. Do rzadkości należą takie kraje jak Mauritius czy Jamajka, gdzie wskaźnik rozwodów jest niższy niż 1:10.

Rozwód i co dalej?

Rozwód rzadko odbywa się tak, że małżonkowie rozchodzą się pogodnie i mimo rozwiązania małżeństwa pozostają nadal przyjaciółmi. Najczęściej jest to wielce stresujące przeżycie wywołujące urazy psychiczne, poczucie odrzucenia, itp. Niejednokrotnie małżonkowie muszą ujawnić przed sądem szczegóły swojego intymnego pożycia. Spory o podział majątku a także o przyznanie opieki nad dziećmi to również często spotykane następstwa rozwodu. Po rozwodzie zwykle przynajmniej jedna ze stron musi się przeprowadzić, co wiąże się ze zmianą sąsiadów, przyjaciół, kontaktów towarzyskich, a czasem nawet i pracy.

Rozwód wyciska również swoje piętno na dzieciach, które także cierpią z tego powodu. Dzieci poniżej 5-ciu lat reagują zwykle złością, niekiedy są bardzo zasmucone, tak jakby to one rozwodziły się ze swoimi rodzicami. Starsze dzieci znoszą to lepiej, ale czasami przypisują sobie winę za to co się stało. Nastolatki są zwykle złe na swoich rodziców, winiąc ich za wszystko. Często odczuwają również zakłopotanie z powodu zaistniałej sytuacji. W końcu zwykle godzą się z losem i przystosowują do życia z rozwiedzionymi rodzicami, chociaż czasem pozostaje w nich żal na długie lata.

Jednak z drugiej strony, zaniechanie rozwodu i utrzymywanie małżeństwa tylko ze względu na dzieci czy przekonanie religijne jest niekiedy jeszcze gorsze. Nieprzyjemna atmosfera w domu, kłótnie, awantury, próby pozyskiwania swoich dzieci i „przeciągania” ich na swoją stronę poprzez podkopywanie autorytetu współmałżonka – wszystko to wywiera niszczący wpływ na psychikę dziecka. Jeżeli do tego dochodzi jeszcze przemoc to sprawa staje się wręcz tragiczna. Dlatego rozwód może się niejednokrotnie okazać dużo mniejszym złem.

Kościół katolicki a rozwód

Spośród wszystkich religii świata przeważająca większość ma w czasach obecnych dość liberalne stanowisko wobec rozwodów dopuszczając je zwykle z różnych przyczyn, np. z powodu zdrady, przemocy w rodzinie czy trwałego porzucenia współmałżonka. Dotyczy to nie tylko religii niechrześcijańskich ale również wszystkich odmian chrześcijaństwa nie związanych z Rzymem, jak kościół prawosławny, kościoły protestanckie, kościół anglikański, itp. Tylko kościół katolicki stoi na nieprzejednanym stanowisku całkowitej niedopuszczalności rozwodów. Aby nie dopuścić nawet do wyjątku, w którym Mateusz pozwala oddalić żonę z powodu nierządu [Mt 5,32 a także 19,9], zmieniono definicję nierządu.2

Głównym argumentem przeciw rozwodom jest wymieniony już poprzednio cytat z ewangelii wg Mateusza i wg Marka „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Strażnicy „depozytu wiary” zapominają jednak o tym, że pytanie faryzeuszy nie dotyczyło rozwodów w takim znaczeniu, jakie nadajemy temu słowu dzisiaj, ale chodziło im o oddalenie żony według prawa mojżeszowego. Różnica jest kolosalna. Dzisiejsze rozwody orzekane są przez sądy, zwykle wtedy, gdy obie strony nie chcą być już razem, albo gdy jedna ze stron jest winna rozkładu małżeństwa. Sądy nie tylko rozwiązują małżeństwo, ale ustalają podział majątku i zabezpieczają prawa dzieci poprzez odpowiedni system alimentacji.

W przypadku „oddalania żony” na mocy mojżeszowego prawa, nic takiego nie istniało. Po prostu mąż mógł w każdej chwili oświadczyć, że nie chce już żyć ze swoją żoną, bo np. żywi do niej odrazę i żona ma opuścić jego dom. Nikt jej przy tym nie pytał o zdanie, nie miała też żadnych możliwości odwołania się od jego decyzji. Mówiąc bardziej dosadnie, gdy mąż zapragnął innej kobiety, mógł zupełnie legalnie wyrzucić dotychczasową żonę z domu, pozwalając jej wziąć tylko to, co miała na sobie i nie troszcząc się zupełnie o to, co się z nią stanie. Oddalona żona, z listem rozwodowym w ręce, mogła wyjść ponownie za mąż, zwłaszcza jeśli była młoda i ładna (ale kto takie wyrzuca) lub liczyć na to, że ktoś ją przygarnie (np. rodzina). W przeciwnym razie jej sytuacja była nie do pozazdroszczenia i czasem nie pozostawało jej nic innego jak zacząć żebrać.

Trzeba tu jeszcze raz bardzo wyraźnie zaznaczyć, że prawo do oddalania żony było tylko prawem mężczyzny. Żona nie mogła „oddalić” męża, a za związanie się z innym mężczyzną groziła kara śmierci przez ukamienowanie. Istniejące więc za czasów Jezusa prawo było wybitnie niesprawiedliwe, pozwalało bowiem mężczyźnie na zalegalizowanie cudzołóstwa. Gdy mu się znudziła żona, to ją po prostu wyrzucał i brał sobie inną. Gdyby to samo zrobiła żona, zginęłaby pod gradem kamieni. Jezus, będąc osobą porywczą3, oburzył się na obłudę tkwiącą w tym mojżeszowym prawie i kategorycznie zakazał oddalania żony. Równocześnie kobiety skazane na ukamienowanie za cudzołóstwo ratował od śmierci (o jednej takiej wiemy na pewno). Tylko w ten sposób można rozumieć reakcję Jezusa, a odnoszenie jej do czasów dzisiejszych i do dzisiejszych rozwodów jest jawnym nadużyciem.

Pozostaje pytanie, jaki jest prawdziwy sens słów Jezusa „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”4? Aby na nie odpowiedzieć, trzeba najpierw rozważyć, kiedy to Bóg łączy, a kiedy tylko człowiek. Kościół katolicki twierdzi, że każdy jego „święty kapłan” to „alter Chrystus”5, więc jeśli ksiądz złączył6, to Bóg złączył. Zważywszy na to, czym kościół katolicki jest i jak działa, takie stanowisko jest co prawda zrozumiałe, ale i wielce zarozumiałe. Bo czy to Bóg złączył małżonków, którzy nienawidząc się nawzajem zamieniają swoje życie w piekło? Czy to Bóg złączył męża pijaka z żoną, która godzi się na awantury, poniżanie i bicie siebie i swoich dzieci? Czy to Bóg złączył małżeństwa, w których ojcowie molestują seksualnie a nawet gwałcą własne potomstwo? Nie, kościele katolicki! Bóg nie jest biurokratycznym urzędnikiem, który łączy poprzez wymóg wypowiadania w obecności księdza przysięgi bez pokrycia. BÓG JEST MIŁOŚCIĄ, a zatem BÓG ŁĄCZY MIŁOŚCIĄ. Miłość jest nie tylko boskim spoiwem, ale także jakby „wizytówką’ czy „podpisem” Boga. Tam, gdzie gości miłość, gości Bóg. To co zostało złączone miłością, zostało złączone przez Boga. I biada temu, kto to rozłączy! Ale po co zmuszać ludzi do bycia ze sobą, skoro nie chcą lub nie potrafią przebywać razem?

Słowa Jezusa „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” pasują więc raczej do tragedii Romea i Julii, Abelarda i Heloizy, Tristana i Izoldy, Stefanii Rudeckiej i Walemara Michorowskiego i wielu innych, nie tylko literackich ale i historycznych postaci. Ileż to ludzkich dramatów towarzyszyło związkom osób nie należących do tego samego stanu czy klasy społecznej, nie należących do tej samej rasy, czy należących do skłóconych rodzin. Ilu członków rodzin panujących musiało poświecić swe osobiste miłości dla tzw. „dobra królestwa”. Ci, którzy nie chcieli się z tym pogodzić, czasem kończyli tragicznie. Jako przykład niech posłuży samobójstwo Rudolfa Habsburga i Marii Vetsery w zamku Mayerling. Ilu mężczyzn i ile kobiet musiało zrezygnować z opartych na wielkiej miłości związków, pod wpływem nacisków środowiska czy żądania rodziny. Jeszcze w pierwszej połowie dwudziestego wieku w niektórych stanach USA małżeństwa między osobami różnych ras były zakazane, a te pary, które chciały wstąpić w związki małżeńskie, musiały się przenieść do Europy. Jakże często, nawet w czasach współczesnych, rodzice odwodzą swoje, nawet dorosłe już dzieci, od (ich zdaniem) nieodpowiednich partnerów, szantażując ich słowami: „Dopóki jesteś na moim utrzymaniu masz robić to co każę”. Robią to zapewne w dobrej wierze, uważając, że oni wiedzą lepiej, co dla ich potomków jest dobre. Zapominają przy tym, że ich podstawowym obowiązkiem jest usamodzielnić swoje dzieci, a nie uzależnić od siebie. Pomijają również fakt, że każdy dorosły człowiek ma prawo wybrać pomiędzy życiem wygodnym, dostatnim i ustabilizowanym, z bogatym i wpływowym partnerem (tzw. „dobrą partią”), a przeżyciem wielkiej miłości.

Jedyną rzeczą, którą kościół katolicki dopuszcza jest unieważnienie małżeństwa. Przyczyną unieważnienia może być np. zmiana wyznania jednego z małżonków, homoseksualizm, nieskonsumowanie małżeństwa, a także niespełnienie jakiegoś wymogu formalnego niezbędnego do zawarcia tego związku7. W Polsce, w czasach, gdy żył Tadeusz Boy-Żeleński, był to jedyny sposób na rozwiązanie małżeństwa. Istnieli nawet specjalnie do tego celu powołani adwokaci konsystorscy, którzy za duże pieniądze podejmowali się tego rodzaju spraw, ucząc zainteresowanych jak mają kłamać, aby się rozejść w zgodzie z kościołem. Było to powodem serii artykułów prasowych Boya, wydanych potem w zbiorku „Dziewice konsystorskie”. Dziś sądy biskupie rozpatrują coraz więcej tego rodzaju spraw, w Polsce jest ich chyba kilkaset rocznie. Taki proces trwa jednak dość długo, zwykle 2-3 lata lub więcej i nie zawsze kończy się zgodnie z oczekiwaniami.

Obecnie kościelne unieważnienie małżeństwa jest raczej sprawą wiary niż konieczności, bo w większości państw świata rozwód jest w gestii sądów. Ostatnią ostoją katolickiego punktu widzenia na rozwody w XX-wiecznej Europie były Włochy, ale i tam w końcu nastąpiły zmiany w kierunku rozdziału kościoła od państwa, co umożliwiło rozwody.

Dlaczego ludzie się rozwodzą?

Aby odpowiedzieć na to pytanie należy się najpierw zastanowić nad tym, dlaczego ludzie się pobierają? Nakładanie ograniczeń na związki między mężczyznami i kobietami i wprowadzenie konieczności legalizacji tych związków w postaci aktów prawnych czy ceremonii religijnych jest praktykowane od czasów starożytnych. Idea, jaka temu przyświecała, była wzniosła. Chodziło o zapewnienie trwałości rodziny a tym samym o zabezpieczenie przetrwania gatunku. Małżeństwo miało stanowić umowę, w której obie strony zobowiązywały się do określonych świadczeń. Szczegóły tej umowy zależały od epoki historycznej, regionu świata, od obowiązującego w tym regionie i w tej epoce prawa, a także od wyznawanej religii (jeśli ślub był zawierany w kościele). Formalizacja związku miała zapewniać stabilność rodzinie, zabezpieczać interesy obojga małżonków oraz ich dzieci, oraz nie dopuszczać do rozbicia tego związku poprzez system nakazów i zakazów dotyczących zachowania obojga małżonków. Złamanie tych restrykcji oznaczało określone konsekwencje prawne, a poszczególne kościoły naruszenie niektórych zakazów ogłaszały grzechem (np. zdradę małżeńską).

W rzeczywistości, powody, dla których były i są wciąż zawierane związki małżeńskie, wydają się być zupełnie inne. Przeważająca większość młodych par za główny powód zawierania ślubu uważa miłość. W praktyce nie jest to jednak prawdziwa miłość, ale raczej jej imitacja, polegająca na handlu wymiennym: „ja ci dam to, a ty mi dasz tamto”. Małżeństwo jest więc dla nich sposobem na spełnianie oczekiwań obu stron i jeśli nawet jest w tym jakieś uczucie, to nie jest to miłość do partnera, ale raczej do tego, co ten partner może dać temu drugiemu i w jakim stopniu może zaspokoić jego potrzeby. Tzw. „miłość romantyczna” jest więc zwykle odpowiedzią na zaspokajanie potrzeb. Stwierdzenia typu „bez niego (niej) jestem nikim” czy „nie mogę bez ciebie żyć”, chociaż brzmią uroczo, to tylko potwierdzają to, co powiedziano poprzednio. Nadmierne potrzeby jednej ze stron mogą przybrać czasem postać patologiczną graniczącą z obsesją i wówczas miłość romantyczna przekształca się w rodzaj tzw. „fatalnego zauroczenia”, co niejednokrotnie prowadzi do tragedii.

Każdy świeżo upieczony małżonek, zdaje sobie (często podświadomie) sprawę z tego, że jeśli jego partner darzy go miłością, to jest to miłość uwarunkowana, uzależniona od tego, w jaki sposób będzie on zaspokajał potrzeby tego partnera. Dlatego stara się już od samego początku zmienić, w taki sposób, aby się dostosować do oczekiwań współmałżonka. Przede wszystkim zmienia swoje zachowanie, zgodnie z potrzebami partnera, ale często wbrew sobie. Z czasem powstaje się obawa związana z możliwością utraty tej miłości. Pojawia się natrętne pytanie ”Czy on (ona) mnie jeszcze kocha?”, oraz potrzeba weryfikacji odpowiedzi na to pytanie. Dlatego „ukochany” może zażądać „dowodu miłości”, który prowadzi do jeszcze większych zmian zachowań. Ale jak długo można ukrywać swoje, może nie zawsze najciekawsze, ale za to prawdziwe cechy i grać rolę kogoś kim się nie jest? Bo przecież każdy z partnerów, po to, aby zadowolić współpartnera, wyrzeka się części siebie. Z biegiem czasu każdemu z małżonków zaczyna to ciążyć i po prostu przestają udawać. Wtedy zwykle mówi się, że się zmienili. Ale oni się wcale nie zmienili, oni zaczęli być z powrotem sobą. Ktoś kiedyś powiedział, że miłość romantyczna kończy się wraz z pierwszym pierdnięciem. Czy w tym dosadnym, a dla niektórych nawet wulgarnym stwierdzeniu, nie ma jednak jakiejś głębszej prawdy?

Po pewnym czasie trwania związku (czasem już od samego początku) pojawia się zazdrość. Powstaje ona wówczas, gdy zachodzi obawa, że partner może skierować swoje uczucia w inną stronę i przez to jego miłość do współpartnera dozna uszczerbku. Zazdrosnym można być o wszystko: od psa czy kota, poprzez pracę, hobby, czy określone upodobania, aż do przyjaciela czy kochanka. Zazdrość ostatecznie zabija miłość, czasem w dosłownym sensie, prowadząc nawet do morderstwa. Tak więc istnieją trzy gwoździe do trumny miłości: potrzeby, oczekiwania i zazdrość.

Czasami powody zawierania małżeństw bywają jednak wzniosłe, np. pragnienie założenia rodziny i doświadczania uczuć rodzicielskich, radość płynąca z kroczenia wspólną drogą poprzez życie, wzbogacanie siebie poprzez „dawanie” siebie, itp. Jednakże w znacznej mierze, motywacje do zawierania związków są bardziej prozaiczne i w ogóle nie zawierają w sobie słowa „miłość”. Jednym z najczęściej spotykanych powodów tego typu są pieniądze. Może tu zarówno chodzić o łączenie majątków bogatych rodzin, jak i o tak banalny przypadek, gdy młoda, atrakcyjna kobieta wychodzi za bardzo bogatego starca licząc na luksusowe życie przy jego boku i duży spadek po jego śmierci. Ale nawet zwykłe rozpatrywanie kandydatów na małżonka w kategoriach „dobrej” lub „złej partii” jest także planowaniem przyszłego związku pod względem korzyści finansowych. Ludzie się pobierają również dla kariery, dla rozrywki, ze względu na atrakcyjność partnera, aby uniknąć samotności, aby dojść do siebie po poprzednim związku, czy po to, aby sobie urozmaicić życie. Są również i tacy, który się pobierają, legalizując w ten sposób swój związek, po prostu dlatego, że uważają iż tak trzeba (tego oczekuje określone środowisko, tego wymaga kościół i w ten sposób można legalnie zaspokajać swoje potrzeby seksualne). Niektórzy wyznają pogląd, że małżeństwo powinno dawać im przyjemność i zapewniać wygodę i że należy je utrzymać jak najdłużej dając przy tym jak najmniej z siebie.

Jak więc wynika z powyższych wywodów, ludzie się rozwodzą głównie dlatego, że małżeństwa są zawierane z powodów nie sprzyjających długotrwałym związkom. Miłość romantyczna (uwarunkowana) wiąże ludzi na krótko. Tylko miłość bezwarunkowa daje związkom realne szanse przetrwania kryzysów. Jeżeli kochasz kogoś za to kim jest, a nie za to co może ci dać, wówczas nie będziesz miał do niego pretensji, że nie daje ci tego, czego od niego oczekujesz. Jeżeli ważne jest dla ciebie co możesz do związku wnieść, a nie co z niego wynieść, to wtedy stopień spełnienia się w tym związku będzie zależał wyłącznie od ciebie. Wówczas istnieje duża szansa, że ten związek wystarczy ci na długo.

Jednak żadnych gwarancji nie ma. Przysięgi małżeńskie takich gwarancji też nie dają. Większość ludzi prowadzi życie reaktywne, nie potrafiąc świadomie kształtować swojej przyszłości. Takim ludziom trudno jest przewidzieć jak się zachowają za miesiąc czy nawet za tydzień i składanie długoterminowych przyrzeczeń (w kościele katolickim nawet aż do śmierci) jest składaniem obietnic bez pokrycia. Dlatego też Jezus powiedział „Wcale nie przysięgajcie” [Mt, 5, 33]. Niestety, jest to jedno z tych zaleceń Mistrza, których kościół katolicki wcale nie posłuchał.

W dzisiejszych czasach powód formalizacji związków, którym było przetrwanie gatunku, przestał być znaczący. Dlatego wymóg długotrwałości związku, który niegdyś był czymś w rodzaju „być albo nie być”, nie jest obecnie tak ważny. Zatem upieranie się kościoła katolickiego przy nierozerwalności małżeństwa, nakaz utrzymywania związku „na siłę” i nakładanie czegoś w rodzaju ekskomuniki8 na tych, którzy się rozeszli i ułożyli sobie życie z innymi partnerami, jest dla wielu (w tym również i dla wielu katolików) niezrozumiałe. Albowiem ważnie jest nie tylko, aby nie zdradzić swego partnera, ale również aby nie zdradzić siebie. Zdradzenie samego siebie to też zdrada. To najgorszy rodzaj zdrady. Dlatego nie trzeba opierać małżeństwa na „świętych obowiązkach” i nierealistycznych przysięgach. Jak pokazała historia, to zwykle się nie sprawdza. Znaczna część związków się rozpada, a wiele z tych osób, które z różnych względów (np., religijnych) nie mogą się na rozwód zdecydować, tkwią w takich związkach i często zahukani, stłamszeni, zamartwiają się po cichu. Zawieranie takich małżeństw nie jest dowodem miłości, ale raczej dowodem lęku. Prawdziwej miłości nie można bowiem zniżyć do poziomu obietnicy czy gwarancji. Ślub miał być zabezpieczeniem, że tak jak jest, będzie zawsze. W praktyce okazał się jednak czymś nieskutecznym i zawodnym.

Aby stworzyć związek, mający szanse na długie przetrwanie należy go oprzeć na miłości bezwarunkowej, nieograniczonej i wolnej, pamiętając przy tym, że potrzeby, oczekiwania i zazdrość zabijają miłość. Partnerzy powinni być ze sobą nie dlatego, że się do tego zobowiązali, ale dlatego, że tak postanowili, bo to daje im radość i stwarza szanse ich rozwoju. Motywem do utrzymania i rozwijania związku winny być nie „święte obowiązki” ale „święte możliwości”, jakie ten związek stwarza. Czysta miłość jaką obdarzają się partnerzy może wówczas przetrwać nie tylko aż do śmierci, ale i zaistnieć na całą wieczność.

Powrót do początku tekstu


Bóg

Honor

Jałmużna

Konopie

Kradzież

Miłość

Obraza

Polityka

Prawda

Religijność

Rozwód

Sekta

Strach

Szczęście

Terroryzm

Wymóg


1 Np. w 1988 roku w USA na 1000 mieszkańców było średnio 4,80 rozwodów i 9,70 ślubów co daje wskaźnik 1:2.

2 Słowo „nierząd” w potocznym rozumieniu oznacza prostytucję. Istnieje również szersza, prawnicza definicja nierządu, w której mówi się o naruszeniu norm moralno obyczajowych poprzez dokonanie czynu nierządnego zabronionego przez prawo, jak np. gwałt, kazirodztwo, stosunek z osobą nieletnią, itp. Kościół katolicki wprowadził własną, całkowicie różniącą się definicję nierządu, jako pożycia seksualnego wolnych ludzi bez ślubu kościelnego. (Katechizm Kościoła Katolickiego, Wydawnictwo Pallotinum, 1994, akapit 2353, s. 531). Taka definicja pozwoliła interpretować słowa ewangelii Mateusza jako nakaz oddalenia kochanki. Pojawia się jednak wtedy sprzeczność, bo Mateusz mówi o „oddalaniu żony”, a nie konkubiny.

3 O porywczości i wybuchowości Jezusa świadczy wiele faktów z ewangelii, m. in. ostre słowa przeciw faryzeuszom, a także wyrzucenie kupców ze świątyni i porozbijanie ich kramów.

4 Nie ma nawet pewności, że Jezus wypowiedział dokładnie takie słowa. W niektórych ewangeliach apokryficznych brzmią one nieco inaczej, np. w Ewangelii Życia Doskonałego [42,3] jest napisane: „Co Bóg złączył, nikt nie powinien rozłączać, tak długo, jak życie i miłość trwają”.

5 Zastępca Chrystusa.

6 Ściślej rzecz biorąc, zgodnie z nauką kościoła, to nie ksiądz udziela sakramentu ślubu, ale udzielają go sobie sami wstępujący w związek małżeński. Ksiądz jest tylko świadkiem. Jednak bez księdza, który jako osoba urzędowa prowadzi całą ceremonię i ogłasza zawarcie małżeństwa, ślub nie byłby możliwy, więc w pewnym sensie to on łączy pary.

7 Może być to np. zatajenie przed ślubem istotnych faktów, takich jak pozostawanie w aktywnym związku seksualnym z inną osobą czy nałogowy alkoholizm.

8 Nie chodzi tu o ekskomunikę „z mocy prawa” jaka jest obligatoryjnie nakładana np. na kobietę, która dokonała aborcji. Jednak według kościoła katolickiego każdy, który się rozwiódł i powtórnie zawarł związek małżeński, pozostaje w grzechu cudzołóstwa, i dopóki ten związek trwa i jest konsumowany – nie dostanie rozgrzeszenia. Jest więc faktycznie odsunięty od sakramentów. Czasami dochodzi do takich paradoksów, że np. po kilku tygodniach trwania małżeństwa mąż opuszcza żonę i wiążę się trwale z inną kobietą. Taki stan trwa 40 lat. W międzyczasie opuszczona żona usiłuje uzyskać bezskutecznie kościelne unieważnienie małżeństwa. W końcu bierze rozwód cywilny, poślubia innego mężczyznę, z którym ma dzieci i wnuki. Po 40-tu latach kościół nadal twierdzi, że żyje w grzechu i nie dopuszcza jej do sakramentów. Równocześnie nadal nie chce unieważnić pierwszego małżeństwa, bo „zła wola” pierwszego męża nie stanowi dla kościoła dostatecznej podstawy.